Pages

Wednesday, February 22, 2012

Krótka notka o tym, że...

... jeszcze żyję! Rzuciłam się w wir pracy i po powrocie do domu po prostu nie mam ochoty na otwarcie laptopa! Na pewno każdy z nas ma takie momenty, prawda!?

Pozdrawiam i do poczytania za kilka dni!

Wednesday, February 15, 2012

Ręce do góry! Poddaję się!

Bo jednak o tym wspomnę...

Wczoraj były Walentynki! My tradycyjnie żadnych kwiatków, prezentów, ani życzeń. Co prawda parę zwrotów per "Valentine" zaliczyliśmy, ale nie doszukiwałabym się w tym niczego więcej niż "going with the flow". Nie narzekam, było miło, pomimo mojej generalnej niechęci do tego dnia. Szkoda, że Polacy nie świętują Sobótki jako Dnia Zakochanych - to ponoć nasz staropolski zwyczaj. Zadzwoniłam do mamy Tereski i złożyłam Jej Walentynkowe życzenia - cieszyła się, a ja razem z nią, z Jej radości.

Dziś muzycznie. Ponownie krótko i zwięźle. Cierpię na tymczasową czasobrakosis. Po dwóch tygodniach zdychania w łożku (ucho prawe nadal zatkane!) do tej pory staram się uporać ze 150-cioma mailami, które czekały na mnie po powrocie. Jest jednak pięknie. Z taką radością dawno nie szłam do pracy, mimo że chodzę do niej mega chętnie tak czy siak, z powodu prostego - UWIELBIAM SWOJĄ PRACĘ!

Znowu się rozchodzę po kątach. Chciałam się tylko zapytać, kto pamięta tę piosenkę? Przypomniały mi o niej Kiełbasiane Historie i z chęcią wróciłam do roku 1992 - miałam niecałe 10 lat!


A dwa lata później ta Pani dała dam kolejne cudo... 1994...


Dziś środa i czas na kolejne HAPPY FIRE ALARM! O teraz, o 14:30! Do weekendu coraz bliżej! Pozdrawiam!

Tuesday, February 14, 2012

Konkurs - wyniki

Dziś będzie szybko i zwięźle, czyli zupełnie odwrotnie niż odbyło się wybieranie zwycięzców Pieczykowego Konkursu Walentynkowego! Nie, to nie dlatego, że Pan od Pieczyka wybierał. Sama Pieczyk miałaby wielkie problemy wybrać zwycięzców, ale wiadomo... faceci są od brudnej roboty, hehe...

Dziękuję wszystkim, którzy nadesłali zdjęcia konkursowe! Jestem pod wielkim wrażeniem odzewu.

Oto zwycięzcy w kolejności zupełnie przypadkowej:
1. Kamila Ślepko
2. Aleksandra Filipowska
3. Edyta Bracka
5. Monika Ząbek

Prosi się wszystkich laureatów, a w sumie laureatek o podanie adresu, pod który nagroda ma zostać wysłana. Można też zgłaszać preferencje nagrodowe, których niekoniecznie posłucham. Od razu uprzedzam, że do soboty nie mam zamiaru iść na pocztę z prostego powodu - nie będę miała czasu. Jeśli do soboty adresu nie otrzymam, wybiorę innego laureata! I ja wcale nie żartuję!

Jeśli któraś z laureatek miałaby ochotę zaprezentować swoje zdjęcie konkursowe u Pieczyka na stronie, to proszę dać znać. Bez zgody nie umieszczam.

Gratulujemy my - Pieczyk i Pan od Pieczyka! 

Friday, February 10, 2012

Wyznania niekoniecznie osobiste

www.amazon.co.uk
Podczas studiów pracowałam w banku, ba, w niebylejakim banku, niektórzy by powiedzieli. Pracowałam w londyńskim City, w ogromniastym amerykańskim banku inwestycyjnym i na dodatek na samym parkiecie, ale byłam nikim. Pracowałam po 3h dziennie, od 6-tej rano do 9-tej rano, potem szłam na uczelnię - albo na wykłady, albo do biblioteki się uczyć. Była to dla mnie praca idealna - nie wymagała wiele, a płaciła całkiem nieźle, co było kluczowe dla samo-utrzymującej się studentki. Przychodziłam, udawałam się do print-room'u, brałam kartonik pełen magicznych kartek, po drodze zabierałam kolejną stertę z okolicznej drukarki i segregowałam kilka tysięcy stron pomiędzy całkiem sporą grupkę panów spekulantów; potem zjeżdżałam na parkiecik i rozdawałam paczuszki składające się z numerków, o których nie miałam i nadal nie mam pojęcia.

Sam parkiet był zjawiskiem ciekawym. Na piętrze znajdowało się wiele wiszących z sufitu telewizorów, wiele komputerowych monitorów, wiele kolorowych klawiatur (Bloomberg) oraz... wielu białych mężczyzn. To był dla mnie największy szok. Byłam praktycznie jedyną babką na kilkuset-osobowym piętrze, ale zamiast z uwagą traktowano mnie z pogardą! Dla tych panów byłam powietrzem, mimo że moje raporty były niezbędne do ich pracy (podobno). Nie mówili ani "dzień dobry" ani "dziękuję" ani "pocałuj mnie w dupę". Nienawidziłam tego. Na początku myślałam, że może to ze zmęczenia, w końcu większość z nich potrafiła kilka nocy z rzędu przespać na swoim biurku, by nadgonić za rynkami w innej strefie czasowej. Później zrozumiałam, że oni po prostu uważali się za lepszych. Wtedy postanowiłam zacząć z nimi rozmawiać. Zaczęło się od zwykłego "dzień dobry", potem stopniowo dodawałam tradycyjne "how are you?", "here's your report", a czasem pozwalałam sobie na totalną rozpustę tekstem w stylu "good weekend?". Na rezultaty nie musiałam długo czekać, panowie zaczęli ze mną rozmawiać, a jeden nawet zaprosił mnie na randkę! Fiufiu... Nie, ten pan nie jest moim chłopem.

Ale nie o tym miałam pisać! Zmierzałam do tego, że wiele osób, wielu mężczyzn zazdrościło mi tej pracy. Londyńskie City, bank inwestycyjny czy sam parkiet nie robiły na mnie dużego wrażenia, a jeśli już to wrażenie było na tyle negatywne, że po studiach nie miałam zamiaru pracować w tej szowinistycznej ubojni. Inni by sprzedali samych siebie, by mieć taką pracę jak ja... Serio? Po blisko dwóch latach z szampanem w łapie (ok, z herbatą) przywitałam dzień, który był ostatnim dniem mojej pracy w tamtym miejscu!

Gdy niedawno rozpętała się polityczna burza w sprawie premii szefa RBSu, przypadkowo natknęłam się na wywiad z Barbarą Stcherbatcheff - autorką książki "Confessions of a City Girl". Dzięki magii współczesnej technologii książka w mgnieniu oka znalazła się na moim Kindle i stała się moim lekturowym wyborem do chorobowego łoża. Miała być lekka, łatwa i przyjemna i taka też była. Nie była jednak błaha i nie wnosząca nic do życia. Wręcz przeciwnie, lektura skłoniła mnie do przemyśleń nad ludzką marnością, materializmem, kompleksami i słabościami. Czytając ją miałam wrażenie, że przeniosłam się o kilka lat wstecz do moich studenckich parkietowych przygód, mimo że moje ówczesne stanowisko nie mogło się równać z high-flying karierą bohaterki - młodej spekulantki z USA, która stawała na włosach spod pachy, by dołączyć do grona panów z szowinistycznej ubojni. Z każdą kartką czułam się coraz lepiej i z coraz większym poniżeniem patrzyłam na bohaterów książki. No bo jak inaczej można patrzeć na bandę prostaków, których sukcesem tygodnia jest wyższy rachunek w klubie niż stolik obok? No właśnie!

Książkę bardzo polecam. Jest idealna, gdy macie ochotę na coś lżejszego. Jeśli po nią sięgniecie i w trakcie będziecie myśleli, że fabuła jest niewiarygodna - uwierzcie, to prawda. Przytaczam kilka moich ulubionych cytatów, które mówią wszystko o kulturze Kwadratowej Mili sprzed credit crunch'u, Zachęcą lub zniechęcą.

"Hunger for anything except money was clearly a weakness." 

"Why waste your breath on someone who might not last the month?" 

"As long as you make money, diplomacy is a side dish."

"I was mentally exhausted by the end of most days, but I would die before I showed it." 

"Never has competition been so cruelly efficient or addicting. Like a drug, you always need a bigger fix. The amount once made you happy always becomes your new benchmark."

"You want to know why bankers are such cockly bastards when you see them out at night? It's because they've been faking cockiness for so long at work they can't turn it off."

"If ordinary people get addicted to horse racing they get treatment. If we get addicted to this we get promoted."

"The fastest way to earn a City Boy's respect was through an insult."

"The one thing I could never explain to my family and (...) friends was how I could lose a million pounds and not lose my job."

Wiecie, co mnie najbardziej śmieszy? Pomimo początkowych zaklinań, po iluśtam latach trafiłam jednak do Kwadratowej Mili, gdzie obecnie pracuję. Na (nie-)szczęście stereotyp City-culture miał swój początek w wielkich bankach, a niekoniecznie rozciąga się na firmy prawnicze, rachunkowe, consultingowe etc. Do bankowości nigdy mnie nie ciągnęło, udawać nigdy nie potrafiłam, arogancka potrafię być, ale nie muszę, a pieniądze są mi do życia potrzebne, ale nie definiują mnie jako osoby. I tym to optymistycznym akcentem zapraszam Was do lektury. Jeśli Panowie Czytelnicy mają problem z komunikacją ze swoją kobiecą stroną mogą sięgnąć po "Cityboy" autorstwa Geraint'a Andersona, ale tej książki nie czytałam i pewnie nie przeczytam. 
www.amazon.co.uk
Teraz sięgam po "Zbrodnię i karę", by raz jeszcze wrócić myślami do czasów liceum... Miłego weekendu!

Wednesday, February 8, 2012

Daytime TV a patologia społeczna

Będąc w łóżku od dni kilku, przeniosłam się w czasy studenckie, kiedy obecność w domu około godziny 10-tej rano była czymś normalnym, zwłaszcza na ostatnim roku. Wtedy też miałam okazję zaznajomić się bliżej z jednym ze współczesnych symboli wyspiarskich (oprócz Argosu oczywiście).

Jeremy Kyle po raz pierwszy obił mi się o uszy sporo lat temu, kiedy do nauki równań różniczkowych słuchałam Virgin Radio, gdzie nierzadko puszczano zajawkę audycji This is Jezza's Confessions. Audycji nigdy nie słuchałam, głównie dlatego, że zawsze miałam coś innego do roboty. Później Jezza awansował do TV, gdzie do dziś dnia prowadzi swój autorski program  The Jeremy Kyle Show.

Program polecam wszystkim studentom psychologii, socjologii i debilologii, bo daje materiały do napisania dziesiątek prac przekrojowych na temat społeczeństwa brytyjskiego, ale też homo sapiens ogólnie. Cynikom polecam założenie pampersa, bo można naprawdę popuścić, mimo że płacz wydaje się bardziej wskazany.

Dziś, na przykład, jednymi z bohaterów programu była para ze stażem 5-letnim, oboje po 20-tce, ale przed 30-tka, oboje od 4 lat wzajemnie się oskarżają o zdradę i, brzydko mówiąc, puszczanie się po kątach po pijaku i po trzeźwemu. Jedno i drugie uparcie się zarzekają, że nie zdradzali, że nie całowali etc. Konflikt trwa, bo para się nie potrafi porozumieć, nie wierzą sobie wzajemnie, przeklinają, wyzywają, normalnie nie wiadomo czy to sen czy jawa, czy to film czy prawda... Ale nie bój nic, Jezza wybawi ich w opresji i to za pomocą takich wyszukanych sprzętów jak wiarograf. 

Nadeszła godzina zero, Jezza zna wyniki badanie wariografem! Zadaje pytania chłopu: 
Spałeś z inną? 
Nie. 
(oklaski)
Całowałeś się z inną? 
Nie. 
(oklaski) 
Miałeś jakikolwiek kontakt intymny z inną? 
Nie. 
(oklaski). 
Proszę Państwa, mamy full house! Ten Pan mówi prawdę! Nie zdradził swojej partnerki!

Teraz kolej na babkę:
Spałaś z innym? 
Nie. 
(oklaski)
Całowałaś się z innym? 
Nie. 
(oklaski) 
Miałaś jakikolwiek kontakt intymny z innym? 
Nie. 
(oklaski).
Proszę Państwa, brawa, brawa dla tych wspaniałych ludzi. Ona też mówi prawdę! Popatrzcie jak oni się kochają, co za uściski, co za pocałunki! Niesamowite! Byli sobie wierni i przez 4 lata się sprzeczali w nieporozumieniu! Proszę Państwa, brawa!

Kochankowie toną we własnych ramionach. Cóż za szczęście bije z ich oczu, z ich twarzy. Wrócą teraz do swoich domów udając, że nic się nie stało. A za kilka lat wrócą z podobnym problemem do TV, prosząc Jezza o test DNA, by potwierdzić ojcostwo ich kolejnego dziecka... Czy poważni ludzie tak rozwiązują swoje problemy? Na antenie TV? Na oczach obcych ludzi w studiu, w domach przed telewizorami, piorąc publicznie wszystkie brudy? Nieźle tam muszą płacić!

Dołączam reprezentacyjny filmik tego talk-show. Czy w Polsce też są podobne programy? Za moich czasów były Rozmowy w Toku Ewy Drzyzgi, ale to była zupełnie inna kategoria intelektualna i estetyczna również. A może Polska doczekała się swojego Jezza?



Monday, February 6, 2012

Dear ___, please ___. Sincerely, ___

Dear blank, please blank to projekt autorstwa Jared'a Wunsch'a i Hans'a Johnson'a i polega na pisaniu listów w tym prostym formacie zastępując blank czymkolwiek się komuś podoba.

I powstają takie właśnie kwiatki: 

Dear little brother who opens my mail,
Jokes on you! It's tampon samples!

Saturday, February 4, 2012

Uprzejmie przypomina się, że...

... Pieczykowy Konkurs Walentynkowy trwa! Jesteśmy już na półmetku! Deadline: 12 lutego 2012, godzina 23:59 czasu UK. Jest z czego wybierać, ale czekam na więęęęęęęęęęęęęęęęęęęęceeeeeeeeeeeeeeeeeej!!!

Szczegóły w zakładce.

Dziś dzielę się z Wami rewelacyjną reklamą, którą kilka dni temu zobaczyłam na królewskich ekranach rodem z Wysp. A może już ją znacie?


MIŁEGO WEEKENDU!

Thursday, February 2, 2012

Nie będzie o Wisławie

Na początek włączamy muzyczkę, by wczuć się w mądry klimat dzisiejszego postu:

Vangelis-Conquest of Paradise by Vangelis on Grooveshark

O Wisławie piszą wszyscy. Ja nie chcę tego powielać głównie dlatego, że wielu ludzi podchodzi do Jej odejścia w sposób, do którego mi się trudno ustosunkować. Jej śmierć jest wielką stratą, ale nie powinna być wielkim zaskoczeniem - kobieta miała prawie 90 lat, wiele w życiu przeszła, wiele zrobiła i wiele osiągnęła. Zasłużyła na odpoczynek i na spokój. Dlatego ja nie będę się rozwodzić nad Jej twórczością, tragedią Jej śmierci dla naszego społeczeństwa i narodu, ani nad Jej życiem. Mogłabym Jej podziękować za to, że dzięki Niej, w roku 1996, wielu Polaków poczuło dumę bycia Polakami, ale tego nie zrobię. Jeszcze nie teraz. Odnajdę Ją po drugiej stronie, pewnego dnia, którego sprecyzować nie potrafię. Odnajdę Ją, Siekiewicza, Skłodowską, Reymonta, Miłosza i do tego czasu pewnie też Wałęsę... Wtedy im podziękuję i wypiję z nimi winko (z Paniami) lub wódeczkę (z Panami).

Tymczasem dziś rozmyślam... Nie o grypie, nie o życiu i nie o śmierci. Rozmyślam o moich ulubionych cytatach i zachęcam Was do podobnych refleksji... Jeden, dwa, pięć cytatów... Ja wybrałam trzy. Oficjalnie nie taguję, bo ostatnio dużo tagów po blogach krąży (ja sama mam jeden zaległy dzięki Pannie Joannie).

Cudzych mądrości, które mnie inspirują jest wiele. Po samotnym wyjeździe za granicę w wieku lat 19-tu z hakiem (ale człowiek był głupi), ktoś bardzo mądry (mój najlepszy chłop zwany własnym) powiedział mi, cytując Friedricha Nietzsche: "Co nas nie zabije, to nas wzmocni". Powtarzając to sobie każdego dnia, kiedy z frustracji chciało mi się płakać i załamywać ręce, wytrwałam w obcym kraju już prawie 10 lat (stąd Pieczyk Weteran w moim profilu!)... Dziś jestem wdzięczna za każde trudności, które napotykam, jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, bo wiem, że dzięki nim moje życie jest bogatsze, a ja mądrzejsza i silniejsza.

Książki Paulo Coelho to istne kopalnie inspirujących cytatów. "Alchemika" przeczytałam w roku 1998. To właśnie ta książka najbardziej mi została w pamięci, mimo że inne pozycje Paulo Coelho pożerałam z podobnym zainteresowaniem. "Własna Legenda. To jest to, co zawsze pragnąłeś robić. Spełnienie Własnej Legendy jest jedyną powinnością człowieka. Wszystko jest bowiem jednością. I kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu". Dzięki "Alchemikowi" uwierzyłam, że ja też mogę być twórcą mojej Własnej Legendy i wtedy zaczęłam ją tworzyć. Własna Legenda - coś, czego się nie wstydzę; coś, z czego jestem dumna; coś, co będzie przykładem dla moich dzieci; coś, co zbuduję własnymi rękami... Własna Legenda - moje sukcesy, ale też moje porażki i błędy, które muszę popełnić, by móc się z nich uczyć.

Gdy po raz pierwszy zetknęłam się z "Małym Księciem" Antoine de Saint-Exupéry, książka mi się zupełnie nie podobała. Wynikało to z mojego wieku - byłam zbyt młoda, by zrozumieć, co autor przeskrobał między wierszami. Po latach i po ponownej lekturze wiele moich wątpliwości się rozmyło, a książka nabrała sensu. "Wszyscy dorośli byli kiedyś dziećmi, ale niewielu z nich pamięta o tym". Nic lepiej  nie podsumowuje nas samych - zabiegani, zatroskani, zaabsorbowani sprawami ważnymi i skomplikowanymi, pochłonięci przez czasobrakosis i pozbawieni zdolności czerpania radości z najprostszych rzeczy, które są przecież najpiękniejsze. 

SOMETIMES YOU JUST NEED TO STOP, TAKE A STEP BACK AND GO BACK TO BASICS

Wednesday, February 1, 2012

Pozwólcie mi umrzeć... (uwaga, nastrój bojowy, mogę kląć)

To jeden z moich tekstów, gdy użalam się nad sobą. Użalam się i wcale się tego nie wstydzę. Mam takie prawo, a obowiązkiem innych jest mnie wtedy utulić!

Od czterech dni leżę w łóżku i zdycham. Temperatura skacze mi od 35 do 39. Czasem się spocę, czasem mi słabo, a najgorsze jest to, że do pracy nie chodzę. Nigdy nie byłam na zwolnieniu przez cały tydzień i dziwnie mi z tym! Jedyny pożytek to możliwość oglądania teleturnieju Eggheads na BBC2 - nie oglądam od czasów studiów, bo nigdy nie wyrabiam się z pracy do domu na 18-tą!

A zaczęło się nagle i bez zapowiedzi. W sobotę byłam zdrowa, a w niedzielę już zdychałam. We wtorek zadzwoniłam do przychodni mówiąc, że chcę zobaczyć lekarza, bo po dwóch dnia zdychania wcale mi nie lepiej. A oni mi na to, że pielęgniarka do mnie zadzwoni. A ja na to, że ja chcę iść do lekarza, bo chora jestem! A oni swoje. Więc za godzinę dzwoni do mnie pielęgniarka i mówi, że jestem ZBYT chora, by mnie mogli przyjąć. No, bo przecież mogę innych pacjentów zarazić. Widać, że do brytyjskich przychodni przychodzą tylko zdrowi ludzie! Nie spodobało mi się to, ale człowiek chory nie ma siły walczyć. Pielęgniarka każe mi pić herbatki, zdrowo się odżywiać i zdychać. No i oczywiście brać lek-cud-na-wszystko - PARACETAMOL -  jedyna odpowiedź, którą usłyszy pacjent od brytyjskiego GP. Ja zdaję sobie sprawę z tego, że z grypą niewiele się da zrobić, ale przydałoby się sprawdzić płucka, węzły, gardełko... Mogłabym mieć kurna zapalenie płuc, a ich by to nie obchodziło! 

W środę rano (czy to dzisiaj?) obudziłam się z ogromniastym bólem ucha, które pulsowało w rytm serca (mam nadzieję, że mojego) i powtarzało za mną wszystkie ruchy - połykanie śliny (auć), każdy krok (auć), przekręcenie głowy z prawej do lewej (auć) i z lewej do prawej (auć). Nienawidzę zapalenia ucha, to największy chorobowy koszmar i to nie tylko z powodu przykrych wspomnień z dzieciństwa, kiedy zdawałam się być lepem na wszelkie wirusiki i bakteryjki żyjące w ekosystemie, ale też z powodu mojej nieufności do angielskich "lekarzy" pierwszego kontaktu. "Lekarzy", bo nierzadko mam wrażenie, że biologia w liceum nauczyła mnie więcej niż oni wiedzą. No, bo sorry, ale ja sobie też w Guglownicy mogę sprawdzić swoje symptomy, a właśnie tak każda wizyta u brytyjskiego GP wyglądała bez względu na moje miejsce zamieszkania. 

Z osiem lat temu złapałam jakąś wysypkę (bez zbereźnych myśli, Drodzy Czytający i Drogie Czytające) i po samokuracji wapnem i środkami antyhistaminowymi, udałam się do GP tylko po to, by polecił mi te same leki, które właśnie skończyłam brać. Nieważne było, że ja je już sama próbowałam. Guglownica nic innego nie poradziła, więc nic innego mi nie zaoferowano. Po miesiącu krążenia w te i we wte i odmowy skierowania do dermatologa, ostatecznie udało mi się skombinować tubkę Hydrokortyzonu z Polski. Wysypka przeszła w 2 dni!

Dwa lata temu obudziłam się z podobnym bólem jak dziś rano, to samo ucho. Poszłam do "lekarza", gdzie dowiedziałam się, że w uchu nie ma żadnych zmian, że mi się WYDAJE, że może zbyt intensywnie czyściłam ucho patyczkiem! Kilka godzin później polski laryngolog, który przyjął mnie o godzinie 21szej (chwała mu za to, dr Andrzej Jeziorny rządzi!) złapał się za głowę na widok bąbelków z ropką, które, od wyboru do koloru, jak grzybki po deszczu wyrosły, a potem dał mi antybiotyk.

Dziś przeczekałam do 8mej rano (otwierają przychodnię) połknąwszy przy okazji dwa nurofenki (bo nuforen/ibuprom działa przeciwzapalnie, a paracetamol tylko przeciwbólowo, warto pamiętać!) i zadzwoniłam do rejestracji, by usłyszeć tę samą śpiewkę! Pielęgniarka znowu oddzwoniła, ale tym razem łaskawie pozwoliła mi wpaść z wizytą, nie do lekarza, ale do niej! To jakaś anomalia! Płacę podatki, dokładam się do PKB, a prawa do podstawowej opieki zdrowotnej mi się odmawia! I znowu mnie odprawiono z kwitkiem! Zajrzała, popatrzyła, podotykała i nic nie znalazła. Powtórzyła czynności, gdy jej opowiedziałam o dr Jeziornym, ale tym razem zajrzała też do zdrowego ucha (dla porównania?) Po czym zapytała: "A może pani sprawdzić klatkę piersiową?" To ja mam ją, kurna, zapraszać, by po stetoskop sięgnęła? A gdybym  powiedziała "nie, dziękuję", nie zajrzałaby?

Wróciłam do domku, zjadłam kolejne nurofenki, popijając paracetamolkiem. W TomToma wbiłam adres Jeziornego. Gdy do rana się nie polepszy, jadę. Kolejnej złej diagnozy nie popuszczę! Nie tym razem! Mam dość! Tak gwoli ścisłości, w międzyczasie było kilka innych przypadków, z powodu których ja i brytyjscy lekarze nie jesteśmy przyjaciółmi, ale niech zostaną one po tej stronie monitora...

A tak w ogóle to życzenia szybkiego powrotu do zdrowia, wirtualne uściski, przytulanki, a nawet buziaki będą mile widziane!

Załączam piosenkę, której przedstawiać nie trzeba. Czy tylko mi się wydaje, że szczęka tego pana dodaje mu sporo seksapilu? Idę się zdrzemnąć. Nawet nie wiecie, jak się zmęczyłam tym wpisem! Byle wyzdrowieć!



Monday, January 30, 2012

Faceci mają kota(y)!

I znowu poniedziałek! Zimno, chłodno, nie do końca przyjemnie, ale bardzo optymistycznie - styczeń się kończy!!! Oficjalnie najbardziej dołujący miesiąc roku -  no bo wszystko znowu od nowa, no bo dni są krótkie, a noce długie, no bo wypada jakieś postanowienia zrobić (presja społeczna), no bo to, no bo sramto!
Optymistycznie, bo jak serce może nie mięknąć patrząc na takie słodziaki? Haha...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...