 |
| www.amazon.co.uk |
Podczas studiów pracowałam w banku, ba, w niebylejakim banku, niektórzy by powiedzieli. Pracowałam w londyńskim City, w ogromniastym amerykańskim banku inwestycyjnym i na dodatek na samym parkiecie, ale byłam nikim. Pracowałam po 3h dziennie, od 6-tej rano do 9-tej rano, potem szłam na uczelnię - albo na wykłady, albo do biblioteki się uczyć. Była to dla mnie praca idealna - nie wymagała wiele, a płaciła całkiem nieźle, co było kluczowe dla samo-utrzymującej się studentki. Przychodziłam, udawałam się do print-room'u, brałam kartonik pełen magicznych kartek, po drodze zabierałam kolejną stertę z okolicznej drukarki i segregowałam kilka tysięcy stron pomiędzy całkiem sporą grupkę panów spekulantów; potem zjeżdżałam na parkiecik i rozdawałam paczuszki składające się z numerków, o których nie miałam i nadal nie mam pojęcia.
Sam parkiet był zjawiskiem ciekawym. Na piętrze znajdowało się wiele wiszących z sufitu telewizorów, wiele komputerowych monitorów, wiele kolorowych klawiatur (Bloomberg) oraz... wielu białych mężczyzn. To był dla mnie największy szok. Byłam praktycznie jedyną babką na kilkuset-osobowym piętrze, ale zamiast z uwagą traktowano mnie z pogardą! Dla tych panów byłam powietrzem, mimo że moje raporty były niezbędne do ich pracy (podobno). Nie mówili ani "dzień dobry" ani "dziękuję" ani "pocałuj mnie w dupę". Nienawidziłam tego. Na początku myślałam, że może to ze zmęczenia, w końcu większość z nich potrafiła kilka nocy z rzędu przespać na swoim biurku, by nadgonić za rynkami w innej strefie czasowej. Później zrozumiałam, że oni po prostu uważali się za lepszych. Wtedy postanowiłam zacząć z nimi rozmawiać. Zaczęło się od zwykłego "dzień dobry", potem stopniowo dodawałam tradycyjne "how are you?", "here's your report", a czasem pozwalałam sobie na totalną rozpustę tekstem w stylu "good weekend?". Na rezultaty nie musiałam długo czekać, panowie zaczęli ze mną rozmawiać, a jeden nawet zaprosił mnie na randkę! Fiufiu... Nie, ten pan nie jest moim chłopem.
Ale nie o tym miałam pisać! Zmierzałam do tego, że wiele osób, wielu mężczyzn zazdrościło mi tej pracy. Londyńskie City, bank inwestycyjny czy sam parkiet nie robiły na mnie dużego wrażenia, a jeśli już to wrażenie było na tyle negatywne, że po studiach nie miałam zamiaru pracować w tej szowinistycznej ubojni. Inni by sprzedali samych siebie, by mieć taką pracę jak ja... Serio? Po blisko dwóch latach z szampanem w łapie (ok, z herbatą) przywitałam dzień, który był ostatnim dniem mojej pracy w tamtym miejscu!
Gdy niedawno rozpętała się polityczna burza w sprawie premii szefa RBSu, przypadkowo natknęłam się na wywiad z Barbarą Stcherbatcheff - autorką książki "Confessions of a City Girl". Dzięki magii współczesnej technologii książka w mgnieniu oka znalazła się na moim Kindle i stała się moim lekturowym wyborem do chorobowego łoża. Miała być lekka, łatwa i przyjemna i taka też była. Nie była jednak błaha i nie wnosząca nic do życia. Wręcz przeciwnie, lektura skłoniła mnie do przemyśleń nad ludzką marnością, materializmem, kompleksami i słabościami. Czytając ją miałam wrażenie, że przeniosłam się o kilka lat wstecz do moich studenckich parkietowych przygód, mimo że moje ówczesne stanowisko nie mogło się równać z high-flying karierą bohaterki - młodej spekulantki z USA, która stawała na włosach spod pachy, by dołączyć do grona panów z szowinistycznej ubojni. Z każdą kartką czułam się coraz lepiej i z coraz większym poniżeniem patrzyłam na bohaterów książki. No bo jak inaczej można patrzeć na bandę prostaków, których sukcesem tygodnia jest wyższy rachunek w klubie niż stolik obok? No właśnie!
Książkę bardzo polecam. Jest idealna, gdy macie ochotę na coś lżejszego. Jeśli po nią sięgniecie i w trakcie będziecie myśleli, że fabuła jest niewiarygodna - uwierzcie, to prawda. Przytaczam kilka moich ulubionych cytatów, które mówią wszystko o kulturze Kwadratowej Mili sprzed credit crunch'u, Zachęcą lub zniechęcą.
"Hunger for anything except money was clearly a weakness."
"Why waste your breath on someone who might not last the month?"
"As long as you make money, diplomacy is a side dish."
"I was mentally exhausted by the end of most days, but I would die before I showed it."
"Never has competition been so cruelly efficient or addicting. Like a drug, you always need a bigger fix. The amount once made you happy always becomes your new benchmark."
"You want to know why bankers are such cockly bastards when you see them out at night? It's because they've been faking cockiness for so long at work they can't turn it off."
"If ordinary people get addicted to horse racing they get treatment. If we get addicted to this we get promoted."
"The fastest way to earn a City Boy's respect was through an insult."
"The one thing I could never explain to my family and (...) friends was how I could lose a million pounds and not lose my job."
Wiecie, co mnie najbardziej śmieszy? Pomimo początkowych zaklinań, po iluśtam latach trafiłam jednak do Kwadratowej Mili, gdzie obecnie pracuję. Na (nie-)szczęście stereotyp City-culture miał swój początek w wielkich bankach, a niekoniecznie rozciąga się na firmy prawnicze, rachunkowe, consultingowe etc. Do bankowości nigdy mnie nie ciągnęło, udawać nigdy nie potrafiłam, arogancka potrafię być, ale nie muszę, a pieniądze są mi do życia potrzebne, ale nie definiują mnie jako osoby. I tym to optymistycznym akcentem zapraszam Was do lektury. Jeśli Panowie Czytelnicy mają problem z komunikacją ze swoją kobiecą stroną mogą sięgnąć po "Cityboy" autorstwa Geraint'a Andersona, ale tej książki nie czytałam i pewnie nie przeczytam.
 |
| www.amazon.co.uk |
Teraz sięgam po "Zbrodnię i karę", by raz jeszcze wrócić myślami do czasów liceum... Miłego weekendu!